Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wódz armii włoskiéj w hermeliny odzian,
Na czele ludu czuł się Karlomanem.

To raz przenosił głową wielkie cedry,
To w ubogiego chłopka się przemieniał,
To raz się nad nim piętrzyły katedry,
To dąb Joanny d’Arc nad głową cieniał,
To paludament ze pszczoły złotemi,
To szara na nim suknia barwy ziemi.

I tak się w różnych wciąż postawach jawił
»Jako Proteusz mieniąc się to w smoka,
To w deszcz to w ogień to w barwę obłoka«
A góral wciąż mu o miłości prawił,
I pieśń Marsylska szumiała po śniegach,
I w dół szeregi szły wciąż po szeregach.

Nie, nie czas, nie czas z władzy się rozebrać,
Któréj się jeszcze w prawicy nie dzierży,
Żem wzgardził pychą i któż mi uwierzy,
Żem raczéj wolał niż panować żebrać,