Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Że mógłby tarczę zastąpić słoneczną,
I powierzonéj władzy by nie zdradził,
I takby ziemię jak słońce prowadził.

Miłość dla niego ziemska była niczem,
Popiołów swego nie ciekaw ogniska,
On w ciemność patrzał pogodnem obliczem,
Jak delfin gdy się w głąb przepaści ciska,
Gdzie żadna ziemska nie świeci mu zorza,
Lecz koral, perła te łzy i krew morza.

I cesarz oczy od wyspy odwraca
Od oliwnego ojców swoich lasu,
Jako rzemieślnik gdy go czeka praca,
I już o domu myśleć nie ma czasu.

W téj chwili oczy utkwił w Francyi brzegi,
Ku którym łódką hebrajską wiatr miota,
Unosząc zwolna Chrystusowe zbiegi,
Łazarz przy rudlu, Magdalena złota,
Na nieskończone z Wszechmocnym rozmowy,
Płyną ku wielkiéj grocie lazurowéj.