Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spokojność niczem nie schmurzona czoła,
I białość dziwna podobna do srebrnéj,
Czar niewymowny roztacza do koła,
Widno że w chwale stoi mąż chwalebny,
Któremu dane były chmury chwały,
I orły gromów rzucające strzały.

Ręce na piersiach w znak spoczynku składa,
I wczas ubiegły wiecznym wnika wzrokiem;
A tłumy wstają gdzie ten wzrok upada,
Prochem okryte szarym jak obłokiem;
I stają kniemu obrócone czołem,
Jak który spoczął nad krwawym padołem.

A naprzód blizko jak ta wyspa mroczna,
Ajacio świeci jak w księżycu biało,
Odwieczne drzewo stoi tam jak stało,
I skała wyżéj za miastem widoczna.
Kiedy chłopięciem był próbował lotów,
Jak orzeł z gniazda do odlotu gotów.

I gdzie o wiecznym wciąż przemyślał boju,
Odkąd dowiedział się: że podłość wieczną,
A chociaż w duszy tyle miał spokoju,