Strona:Poezje Teofila Lenartowicza1.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z chwilą gdy gaśnie jasna niebios zorza,
Na tle z gwiazd skrzących wychodząc jak z morza

Spogląda w niebo zkąd świateł miliony,
Niziny ziemskie darzą blaskiem błogim,
I z niemą ciszą przechodzą przed Bogiem,
Jak przed nim niegdyś jego bataliony,
Światy na światy zachodzą bez końca,
A śród nich widni marszałkowie... słońca.

W odległość kędy dziwnym wiedzion wabem,
Wzrok się zatapia, a myśl skrzydła składa,
Czując że ztamtąd idzie głos co włada,
Że tam się perli on za świateł sztabem,
Noc całą patrzy w tę srebrzystość mleczną,
Jako ów rady w światłość lecieć wieczną.

Żeglarzom gwiazdy rozświecają drogi,
Rozpromienione w błękitnéj przestrzeni,
A duchom z dziejów świecą ni to bogi,
Wśród nieskończonych tłumów kilka cieni.
I z których każdy z swym gwiazd systematem,
Mógłby się nazwać jak Napoleon światem.