Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Godność we mnie była taka,
(Już to z urodzenia snadź)
Mój podwładny, jak sobaka
Przy mnie w progu musiał stać.
No! a niechbym choć w półcieniu
Dostrzegł, że śmie bunty kryć,
Jak pies zginął by w więzieniu — !
Tak karmazyn winien żyć!

Dzieci moje, bić pokłony
Przyuczałem z młodych lat,
I wpływowe czcić persony,
I słać sobie drogę w świat.
Za to spadły ze mnie troski —
Mogę sobie błogo śnić,
Bo spłaciłem dług ojcowski —
Tak karmazyn winien być!

Protekcyjką możnych wsparty,
Niemal biegłem tam dzień w dzień;
Na przedrwinki ich i żarty,
Głuchy byłem jako pień.
Pozwalałem przy pieczeni,
Żartem się niewinnym lżyć —
Za to każdy mię z nich ceni!
Tak karmazyn winien żyć!

Nieraz prawda, na wypłaty,
Czekał biedak cały rok —
Jam brał wzór z arystokraty,
Nie lubiłem płacić w skok.
Za to każdy dług karciany,
Święcie zawsze szedłem kryć!
Punkt honoru — nie tumany!
Tak karmazyn winien żyć!