Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I tak życie ułożyłem:
Nędzy mię nie wzruszał głos!
W wieczór u mnie w gronie miłem,
Szedł faraon albo sztos.
A co z biedą — precz łzy babia!
Nędzacz, a chce dłużej żyć,
Niech pracuje, niech zarabia —!
Tak karmazyn winien być.

Żonę mi z posagiem grubym
Mój naczelnik gwałtem dał.
On ją jeszcze znał przed ślubem,
Dawne dla niej względy miał —
Wziąłem za nią sumkę sporą!
Toż to, myślę, zacznę tyć! —
Inni gorsze nieraz biorą —
Tak karmazyn winien żyć.

A lubiła ona bale,
I strój sukien wielkich dam!
Stroiła się jak żurnale —
Co za kłopot, mówię wam!
Za tem wszystkiem, w jedną chwilkę,
Zaczął się romansik kryć.
Et! plunąłem na to tylko!
Tak karmazyn winien żyć.

Praw przestrzegacz byłem srogi,
Ciąglem się w pokłonach chwiał —
Możnym słałem się pod nogi,
Znałem konfidencji dział.
Choć bez wielkich wiadomości,
Ominąłem intryg sieć:
Trzy nabyłem posiadłości!
Tak karmazyn winien żyć.