Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tutaj pociecha wygnańcom rozlana,
Tu koniec wszelkiej boleści! —
I córa bogów — u was prawdą zwana,
Wielu tak straszna, a mału tak znana,
Kres drogi mojej obwieści!

„Snów twych — w wieczności nastąpi ziszczenie!
Lecz oddaj młodość mi swoją;
Tylko nagrody wziąwszy zapewnienie —”
Jam z piersi wydarł młodości promienie,
I młodość oddałem moją! —

„Oddaj mi Laurę! czystości gołębiej,
Którąś ukochał z zapałem!
Za grobem spłacę ból, co dziś cię gnębi! —”.
Jam serce rozdarł — i wyrwał ją z głębi,
I płacząc głośno — oddałem!

W tem śmiech, co duszę rani nakształt grotów,
Zabrzmiał szyderskim chichotem.
„Więc uwierzyłeś? na zdradę bądź gotów!
Zdradę kłamczyni, służebnej despotów,
I giń — z marzeniem twem złotem!”

Jak roju wężów syk szedł coraz dalej:
„Przeszłości strasząsz cię mary?
Czem są twe bogi, które ludzkość chwali?
Te zbawce świata — na rozumu szali?
Na strach zmyślone — lub czary?”

„Czemże jest przyszłość, co śni w grobów łonie?
Ułudna wieczności władza?
Oto nicością w dogmatu osłonie,
Bojaźnią, w własnem wymarzoną łonie,
Którą strach w potwór przeradza!”