Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Mamidłem pustyń które życiem nęci —
Mumją zastygłą z przeszłości —
Z balsamem pociech, w grobie niepamięci
Pod straż milczenia złożoną — pieczęci!
To sen twej nieśmiertelności!

„Za tę nadzieję, wśród gruzów i ciemnic,
Oddałeś pewność twych losów!
Sześćdziesiąt wieków strzeże tych tajemnic,
A czyż kto wrócił z zagrobowych ciemnic,
I odkrył tajnię niebiosów?”

Widziałem wiosno, jak do twego brzegu
Anioł zniszczenia domierzył —
Jak wszystko zwarzył w szalonym swym biegu;
Lecz żaden z trupów nie powstał szeregu —!
Wtedym w te słowa uwierzył. —

Teraz z miłości — z przyjaźni wyzuty,
Stawam przed tobą królowo —
Do kropli czarę spełniłem cykuty,
Pewny, że wiek mój goryczą zatruty
Tu znajdzie nagrody słowo!

„Równą miłością mą dróżynę dzielę,”
Ozwał się genjusz z ukrycia.
Dwoma kwiatami to życie się ściele,
Niech każdy zważa co bierze w udziele,
Nadzieję? — czy kwiat użycia?

„Do których jeden z tych kwiatów się śmieje,
Niech drugi wolny zostawią!
Szalej! kto ufać niezdolny! — Nadzieję
Zostaw wierzącym! — A ludzkości dzieje
Sąd ci ostatni objawią!”