Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ty idź żono do swojej kaplicy,
I przed ołtarzem błagaj Boga w niebie:
Niechaj podwoi bystrość mej źrenicy
Abym nie chybił —! Dla siebie —
KARLIŃSKA (kończąc).
Dla siebie
O cóż się będę Panu naprzykrzała —
Jam już odważna, patrz, mam suche oczy,
Jam już łzy wszystkie dawno wypłakała,
Teraz się jeno z nich wolno krew toczy — —
O! teraz we mnie siła wielka, wielka,
Bespiecznie mieczem godzić w pierś mą można —
Jam Polka przecie — jam obywatelka —
Ja syna święcę — (pada)
KARLIŃSKI (do straży).
Wynieść ją z ostrożna.
(Postępując na proscenium.)
Ostatnia wreszcie zbliża się godzina —
Zda się, że na mnie cała Polska woła:
„Nie trwóż się przelać krwi twojego syna,
Abrahamowi Bóg zesłał anioła,
I tobie z niebios nadejdzie pociecha!”
(Gwar za sceną.)
Pieśni wojennej dolatują echa —
To wrogi moje na zwycięstwo pieją.
Wcześnie wam jeszcze cieszyć się nadzieją:
Choć mi ten wieniec gotujecie krwawy,
Hańbą się nigdy nie splamię, nie zmażę —
Ani się świętej wyprę mojej sprawy,
Jeno stać będę jak ojczyzna każe!
Więc niech się spełni —
(Zbliża się do wyłomu i za wałami spostrzega syna.)
Boże! ach to dziécię!
Widzę je, widzę! wyciąga rączęta,
Twarz jego zda się mówić uśmiechnięta:
— Ojcze, ty kochasz mię więcej niż życie,
I niż ojczyznę — powinność — cześć własną?
O nie, idź synu twoją drogą jasną,