Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pierwej ojczyźnie wierność ślubowałem,
I pierw Polakiem niż ojcem zostałem.[1]
(Słychać trąbkę.)
Cóż to za hałas, wrzask trąby złowrogi?
(Zaremba wprowadza Stadnickiego.)
Ha! to ten szatan!


SCENA V.
KARLIŃSKI. ZAREMBA, STADNICKI.
ZAREMBA.
Przytarte ma rogi.
Nasi na obóz napadli z nienacka!
Przez krótką chwilę kipiał bój złowrogi,
Lecz nam się jakoś udała zasadzka.
Ano — ten ptaszek, już się nie wywinie.
(Odchodzi do wyłomu.)
KARLlŃSKI (z goryczą).
Panie Stadnicki! tu, w takiej godzinie,
Patrzyć, czy ręka ojcu nie zadrżała,
Gdy ją złość twoja ciągnęła do działa? —
(gwałtownie)
Słuchaj szatanie — tyś to dziecię moje,
Przed wojsk kolumną kazał nieść na czele,
I mnie krwią bluzgasz — ja się krwi tej boję!
Strzelaj — gdy możesz.
STADNICKI.
Z palca nie wystrzelę!
Każ mi lont podać.
KARLIŃSKI.
Masz! przekleństwo tobie!
Lecz kończ, przez litość, mnie drży z twogi[2] ręka —
STADNICKI (zbliża się i spostrzega dziecinę.)
Dziecko! — Precz z lontem — nie, tego nie zrobię,
Starcze, piekielna, piekielna to męka

  1. Historyczne.
  2. Przypis własny Wikiźródeł błąd w druku — trwogi