Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA IV.
KARLIŃSCY.
KARLIŃSKA.
Mężu, on obcy naszemu dziecięciu,
A łza litości u powiek mu drżała —
Słyszysz, za chwilę może już w objęciu,
Syna, mojego syna będę miała.
Daj się przebłagać! —
KARLIŃSKI.
O jakież katusze!
Żono, ty nie wiesz że każda łza z oka
Twego, jak kamień spada mi na duszę,
I na mej piersi ciąży jak opoka.
Tyś mi kazała w zapomnienia szale,
Miłość ojczyzny kłaść z twoją na wagę;
Ja teraz moją dorzucam na szalę,
Która przeważy — patrz, gdy masz odwagę.
KARLIŃSKA.
Lecz rozważ — co cię król Zygmunt obchodzi;
Nie znasz go w oczy, on tobie nieznany.
Czy on ci syna twego oswobodzi,
Czy wróci chociaż krwi kroplę przelanej?
KARLIŃSKI.
Tak, ja go nie znam — lecz po jego stronie,
Cnota stać każe i cześć niewzruszona.
Jego już widzę u steru — na tronie,
Naród go wybrał — więc sprawa skończona.
Toć jak przekupniarz stałbym się najlichszy,
Gdybym się pytał kto trud mój zapłaci? —
Wbrew temu stawam — kto tu w kraju wichrzy,
Z narodem trzymam i zginę za braci —
Gdyby mi padło żywot dać w ofierze,
Dałbym z ochotą dla ojczyzny mojej
I dziś gdy Stwórca syna mego bierze —
Do tej ofiary — serce me uzbroi —