Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ukórz się przed nim i ukój cierpienie,
Niech na twą głowę krew dziecka nie spadnie!
KARLIŃSKI.
O tak, nie na mnie, lecz niechaj na wroga,
Krew ta upadnie i toczy mu ciało,
I niech o pomstę wciąż bije do Boga! —
(Do Zaremby:)
Do mnie mój druhu! sam tu, podpal działo!
ZAREMBA (przyklękając).
Wodzu! to dziecię, to syn twój jedyny;
Ty sam zostaniesz w świecie jak sierota,
Bóg boleść twoją policzy za czyny —
Wodzu — ja pójdę i otworzę wrota.
O! stokroć lepiej poddaj im się. — Dłużej
Trudno już walczyć, nie bądź dla mnie głuchy;
Wszak nam nie nagną szyi do obróży,
Ani nam ducha nie skują w łańcuchy. —
KARLIŃSKI.
Precz, precz odemnie! tak nie mówią męże!
Zaliż zniewaga spodleniem się płaci?
U nóg siepaczów jak gady i węże,
Czołgać się mamy, lub ściskać jak braci?
O Polsko biedna — więc już się jednoczy
Niewolnik z katem, i stopy mu liże?
O Panie! straszne zsyłałeś już krzyże,
Ale od tego daj odwrócić oczy.
(Odtrąca od nóg Zarembę.)
KARLIŃSKA (do Zaremby cicho).
Ratuj mi syna, gdy ojciec nie może,
Wróć biednej matce jej dziecko jedyne.
ZAREMBA.
Zbiorę więc zaraz ochoczą drużynę,
Zrobię zasadzkę — reszcie Bóg pomoże.
(Wychodzi.)