Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Za krew dziecięcia, choć oddam te mury,
To ono potem klątwę na mnie rzuci —
KARLIŃSKA.
Syn twój?
KARLIŃSKI.
Zoczywszy, jak od ojca stronią,
Jak piętno hańby o próg się zahaczy,
Stanie przedemną, zakrywszy twarz dłonią,
I spyta, czemuś nie zabił mię raczej?
KARLIŃSKA.
Lecz ja cię błagać będę do ostatka,
Litości szukać w twojej chmurnej twarzy:
Ma prawa swoje ojczyzna — ma matka,
Rzuć je na szalę — patrz, która przeważy?
KARLIŃSKI.
O Panie, straszną zsyłasz na mnie próbę!
Nad czołem moim widzę miecz Twój nagi,
Własne mi dziecko wieść każesz na zgubę,
Ale nie pytasz czy starczy odwagi!
Jaka jest boleść dla ojca najsroższa,
Wszystka mi ducha osłabia i gniecie!
(Otrząsając się:)
Lecz Karlińskiemu ziemia ojców droższa,
Nad własną boleść, i nad własne dziecię —
Ha, lont mi podaj —
KARLIŃSKA.
Boże!
KARLIŃSKI.
O mój synu!
W takąż mi przyszło wyprawiać cię drogę.
(Chce lont przyłożyć — pauza — opuszcza rękę.)
Serce mi pęka, sił brakło do czynu,
Precz, precz z tym lontem — ja strzelać nie mogę!
KARLIŃSKA.
Mężu! Bóg święte zsyła ci natchnienie,
Bo on sercami człowieczemi władnie: