Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ZAREMBA.
Przed wojskiem — Dorota,
A na jej ręku nasz paniczyk siedzi,
A niańka płachtą owija mu nogi
Aby nie zmarzły. Więc ja do załogi:
„Patrzeć tam — wiara!” Dłoń w kułak — spojrzeli,
I choć nic więcej nie rzekłem do wiary,
Każdy się żegnał, chcąc odgonić czary,
Bo oni, wodzu, wszystko zrozumieli —
KARLIŃSKI.
Więc to był syn mój?
KARLIŃSKA.
Słyszysz niewzruszony!
Wróg przeciw tobie szuka w nim osłony;
Zanim twa kula jego szereg zmiecie,
Naprzód twe własne podruzgota dziecię.
ZAREMBA.
Wodzu, czas nagli —
KARLIŃSKA.
Mężu! daj odprawę —
Patrz, serce moje rozpęknie się krwawe.
Pomnisz, on nieraz szczebiocząc wesoło,
Na szyję twoją zawieszał ramiona,
Do piersi twojej tulił białe czoło,
Jak gdyby mówił: „tu moja obrona!”
On czuł dziecięciem, że kiedyś twe ramię,
Krok jego młody w życiu poprowadzi,
Że serce twoje praw ojca nie złamie,
Że rodzic dziecka własnego nie zdradzi.
I tak już w zamku zabrakło żywności,
Dziś, jutro — zewnątrz wrogi go obsadzą, —
Każ most opuścić — o mężu! litości!
Wszak za tę twierdzę syna ci oddadzą.
KARLIŃSKI.
Powrócą dziecko — o straszne tortury —
Lecz utraconą kto mi cześć powróci?