Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA III.
CIŻ i ZAREMBA.
ZAREMBA.
Wodzu, czas działać — bo widzę, z daleka
Niemców się mnogość leje jako rzeka —
Wróg szturm przypuszcza — a chwila nie minie.
Mniejsza tam o nas, ale syn twój zginie.
KARLIŃSKI.
Skąd ci się wzięło, skąd syn do tej sprawy!
Jeżeli zginiem, to ten zastęp wraży
Za syna weźmie okup suty, krwawy!
A jeśli szala fortuny przeważy,
I wróg odparty, zwyciężony wszędzie —
ZAREMBA (przerywając).
To i tak panie syn twój żyć nie będzie.
KARLIŃSKA.
Cóż to za słowa okropne — mów jaśnie —
ZAREMBA.
Więc stałem sobie u wyłomu właśnie,
I bystrem okiem patrzyłem przed siebie —
Śnieg lekko pruszył — może ich zagrzebie —
Myślałem w duchu gdy większy popada.
Naraz ta cała w obozie gromada,
Halabard, koni, chorągwi i ludzi,
Nagle się rusza, niby ze znu budzi —
Jak smok wyrasta w kolumnę olbrzymią:
Wloką się działa i pochodnie dymią.
Ha, więc im pilno nabawić się sromu!
Krzyknę na swoich: „czuj duch, strzedz wyłomu!”
I patrzę dalej — aż w tem —
KARLIŃSKA.
Panno złota
Z Jasnego Wzgórza! jak on słowa cedzi —
KARLIŃSKI.
I cóżeś ujrzał?