Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz mi przemocy wydarła go siła,
A własny ojciec obmyśla nań zgubę.
KARLIŃSKI (czulej).
Żono!
KARLIŃSKA.
O pomnij, że to nasz najmłodszy!
Siedmiu już dałeś ojczyźnie w ofierze,
Nasz Beniamin najmilszy, najsłodszy —
Zaliż i tego Stwórca mi zabierze,
Nieczułą ręką własnego rodzica —?
KARLIŃSKI.
Bóg ma w opiece i starce i dzieci —
Jeśli go stracim —
KARLIŃSKA (z wybuchem)
Ja będę jak lwica
Bronić dziecięcia, mojego dziecięcia,
I chyba z życiem co za niem uleci,
Z macierzyńskigo wydrzesz je objęcia.
KARLIŃSKI.
Przestań już, przestań — wszak ja ojcem przecie,
I pocóż w pierś mą wbijać ostre noże.
Wszak i ja żono kocham moje dziecię,
Jak rodzic własne dziecię kochać może.
Jam w niem położył całą ufność moję,
Podporę wieku marzył w tej dziecinie,
Przy niej mieć chciałem bespieczną ostoję,
Gdy łódź żywota do brzegu dopłynie.
On miał uświetnić mą tarczę herbową —
Domowi memu nowej dodać chwały:
Stokroć w snach moich ponad jego głową
Widziałem wieniec z wawrzynu wspaniały —
I naraz wszystko niby senna mara,
Prysło przedemną, het — aż w przepaść ciemną!
Panie — straszna goryczy Twej czara,
Jeślim zasłużył — zlituj się nademną.
(Zaremba wchodzi).