Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dopóki starczy mi prochu i kuli,
Murów tych bronić będę do ostatka!
Lecz gwiazdy gasną — bierz hyżo na wały!
Walka to będzie straszna — Bóg to widzi.
Słuchaj, gdy znajdziesz szmat chorągwi białej,
Podrzej ją w sztuki, niech wróg z nas nie szydzi.
Idź, w pogotowiu niech stoją puszkarze!
Za pośpiech starcze dajesz własną głowę —
Czekać dopóki strzelać nie rozkażę,
Lecz wszystko ma być do szturmu gotowe.
(Zaremba wychodzi).


SCENA II.
KARLIŃSKI (zwracając się do żony).
Nie płacz Barbaro! tu łzy nie pomogą,
Najświętszą sprawę trza okupić drogo,
Bóg dał, Bóg weźmie — o wolałbym raczej
Na ołtarz kraju dać żywot biedaczy,
I własną głowę położyć pod topór,
Niśli to dziecię. — Chcieć im stawiać opór —
Próżno nadzieja do mnie się uśmiecha —
W sercu mem wyją strasznej groźby echa:
Będziesz zabójcą! Precz okropna maro,
Co w duszy na mnie wołasz z wielkim krzykiem:
Odwagi, skoro nie mogę ofiarą —
Miłej ojczyźnie będę ofiarnikiem.
KARLIŃSKA.
Ty ofiarnikiem? zaliż kraj wymaga
Takiej objaty przed Bogiem i światem —
Żona cię prosi, matka u nóg błaga,
Własnego dziecka wszak nie będziesz katem?
KARLIŃSKI (surowo).
Niewiasto!
KARLIŃSKA.
Jam je przy piersi nosiła,
Na przyszłą kraju gotowałam chlubę;