Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KARLIŃSKI.
A jak z okupem?
ZAREMBA.
Cóż poczniesz z hołotą,
Jeno się z mojej naśmieli szczerości:
„A co to stary — niesiesz złoto, złoto,
Daj sam — jest za co, będziemy grać w kości”.
I to co miałem połknęli mi gładko.
KARLIŃSKA.
A cóż mi starcze niesiesz za nowiny?
Nie masz litości nademną — jam matką,
Ja pragnę wiedzieć co tam mój jedyny
Pieszczoch porabia — czy mu tam, na mrozie,
Jest aby na czem przespać się w obozie,
Bo to tak zimno — a otwarte pole.
ZAREMBA.
Właśnie chcę mówić: widziałem pacholę,
W braku kołyski tarczę wyścielono,
Na wroga szczycie pacholę złożono —
Spało, gdym przyszedł.
KARLIŃSKI.
Zły to znak to spanie,
Kto legł na tarczy nie łacno z niej wstanie
KARLIŃSKA.
Dobra noc synu — sklej senne powieki —
Kto wie, czyś dla mnie nie zasnął na wieki!
KARLIŃSKI.
I cóż tam jeszcze — mów mi prawdę nagą.
ZAREMBA (wskazując na Karlińską).
Wodzu — lecz —
KARLIŃSKA.
Mów, mów, ja słucham z odwagą.
ZAREMBA.
Ano, wieść smutna do mnie się przedarła,
Bo mi ją chcieli zataić niecnoty,