Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


AKT III.

(Podwórzec zamkowy — działa na lawetach, przy działach puszkarze.
Szary poranek; scena stopniowo rozjaśnia się).

SCENA I.
KARLIŃSCY później ZAREMBA.
KARLIŃSKA.
Straszna to trwoga i boleść matczyna,
Utracić syna, jedynego syna,
A z nikąd nawet nadziei promyka.
KARLIŃSKI.
Czyż serca twego straszniejsza daleko,
Nad własną stratę boleść nie przenika?
Patrz, dzielnej młodzi krew leje się rzeką.
W gruzach świątynie i zagrody leżą,
Ołtarze jeszcze dymią się krwią świeżą,
A groby przodków, których sam Bóg strzeże,
Wróg oplugawił i zorał jak zwierzę.
Zaliż nam wolno, gdzie cierpiących tyle,
Patrzyć, czem własna boleść się osłodzi?
Przecież nie padaj — z obozu za chwilę
Wróci posłaniec — (spostrzegając Zarembę)
Lecz oto nadchodzi.
Jakież nowiny?
ZAREMBA.
Niepomyślne zgoła —
Twarde warunki rokoszanin kładzie;
Wiara schyliła uznojone czoła,
A syn twój został u wrogów w zakładzie.