Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz wróg do swojej uwikłał go matni,
Z Anioła — zdrady chcąc zrobić szatana!
Lecz ty go Boże wyrwiesz z lwiej paszczęki
Jako Daniela i oddasz mi Panie!
Boś jest potężny!
ZAREMBA.
Amen! Niech się stanie.
Tymczasem wodzu nie opuszczaj ręki;
Z pomocą niebios tu działać należy.
KARLIŃSKA.
Ale cóż począć, radź druhu nasz wierny?
ZAREMBA.
By dziecię w wrogów wybawić obieży,
Trzeba im okup posłać niepomierny!
KARLIŃSKI.
Prawda w twych słowach, Niemce lubią grosze,
Bierz więc tę kiesę i nieś im ofierze!
(Wrzuca do hełmu Zaremby kieskę.)
Potem to brudne śmietnisko rozproszę,
Na którem same snują się handlarze.
KARLIŃSKA.
Weź i te perły i tę szpilkę drogą,
Którą obmyła stokroć łza matczyna.
I rozpacz moją ponieś, starcze, wrogom,
Byle mi tylko okupiła syna.
(Składa do hełmu klejnoty.)
DOROTA.
Weźmijcie także i ten sznur korali.
(Wręcza je Zarembie.)
Korale duże, ciężkie jak łzy moje.
Na cóż mi dzisiaj odświąteczne stroje,
Gdy skarb mój wszystek wrogowie zabrali?
ZAREMBA.
Bogate dary na chciwe niemczyska —
Dam im ćwierć naprzód, a potem połowę.