Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KARLlŃSKI.
Straszną nas próbą dotknęły niebiosy!
Wszakże nie sądzić nam wyroków Boga —
Może i dla nas spłynie kropla rosy,
A wspólna boleść już nie jest tak sroga.


SCENA XI.
CIŻ i ZAREMBA (wchodząc powoli.)
ZAREMBA.
Powracam wodzu!
KARLIŃSKA.
Starcze, bez dzieciny?
Jakżeś bez dziecka śmiał stanąć przed matką?
ZAREMBA.
Cnotliwa Pani! nie z naszej to winy. —
Z wrogiem w wertepach nie idzie tak gładko...
Rumaki nasze, jak gdyby do lotu
Skrzydeł im śmigłe przydali orłowie,
Pędziły rączo. Lecz tuż przy parowie
Dzielącym obóz od fortecznych szańców
Musiałem mieć się z swemi do odwrotu.
KARLIŃSKI.
Ścigać go było do ostatnich krańców!
Podejściem jakiem zaskoczyć zdradzieckiem
Lub zabić...
ZAREMBA.
Próżno byśmy się kusili:
Gdy jedna kulka gwizdnęła, w tej chwili —
Od drugiej waszem zasłonił się dzieckiem.
KARLIŃSKI.
Już po raz wtóry tych forteli zażył
Ten szatan, wzrosły z plugastwa i błota.
Lecz ja się Panu memu będę skarżył,
Przez wszystkie chwile mojego żywota,
Powiem: o, Panie! to był mój ostatni,
Któregom Tobie sposobił od rana.