Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA IX.
CIŻ I ZAREMBA. (wpada)
ZAREMBA.
Panie, dostałem języka od warty:
Widziano z wałów, jak Stadnicki w pole
Unosił konno jakoweś pacholę.
Po jasnych włosach i po białej świcie,
Poznano wodzu, że to twoje dziecię!
KARLIŃSKA (z bolesnym krzykiem)
Boże! (pada zemdlona.)
KARLIŃSKI.
(do Zaremby) Szalony starcze! mów przez piekło,
Czy dziś twe oczy złe jakie urzekło,
Ale nie, widzę, otworem drzwi stoją!
Tak, tą kryjówką co wiedzie w manowce,
Uniósł dziecinę tę najmilszą, moją!
Hej stary! wybrać najlepsze wierzchowce,
Osiodłać żwawo i ruszyć w sześć koni!
A kto mi pierwszy chłopięcia dogoni,
Kto stroskanemu wróci ojcu dziécię,
Oddam mu wszystko — i mienie i życie.
(Zaremba odchodzi.)
KARLIŃSKA.
(powstaje i bieży do okna)
Ha, pędzą — gonią — padł wystrzał — o Boże!
Synu mój — Gdzież są? zginęli w tym pyle.
KARLIŃSKI.
Ukój się żono, Bóg im dopomoże,
Nie długo czekać, powrócą za chwilę!


SCENA X.
POPRZEDNI I DOROTA.
DOROTA.
(wbiega jakby w obłąkaniu.)
Gdzie mój gołąbek, gdzie jest moje złoto?
Mówcie! przez święte Chrystusowe rany!