Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wolno do domów puści panów braci,
Wszystkim pretensjom zadosyć się stanie!
A Maksymiljan przysługę odpłaci,
Może dostojność....
KARLIŃSKI.
(Z oburzeniem) Nie kuś mię szatanie!
Nie dość, żeś hańbą skalał próg w tym domu,
Wbrew urągając potężnym niebiosom —
Chcesz jeszcze piętno przekupstwa i sromu
Narzucić gwałtem moim siwym włosom?
Czyliż ci nie dość, żeś już własne serce,
Żeś wolne ramię przykuł do łańcucha?
Jeszcze się kusisz jak nocni morderce,
Zabijać braci najczystszego ducha!
Sądzisz że —
STADNICKI.
Mości Karliński! dość tego —
Ja milczeć umiem — ale klnę się Waści,
Ze pięścią gołą obronię napaści!
KARLIŃSKI.
Ja się nie lękam — a czy wiesz dla czego?
Bo już to ramię i serce nie twoje —
Bo z własnej woli nic ci nie ostało:
Męstwo i cnotę sprzedałeś oboje,
A w ręku wroga jesteś tylko strzałą —
Tak, gdzie się zwrócisz — o wieczna sromoto
W ślad za twym krokiem pójdą od jej chwili
Ci, co twą wolność i wiarę kupili:
Boś niewolnikiem stał się im za złoto!
Lecz samotnemu straszno żyć na świecie,
Mroków się nocy lękają wyrodni!
Zbyt ciężka hańba, która pierś twą gniecie,
Przeto wspólnika szukasz tu dla zbrodni.
Lecz go nie znajdziesz w lichej garstce ludzi,
Której moc Boska jedyną obroną.
Której występek sumienia nie brudzi:
Co śmierć przenosi nad wolność shańbioną!