Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA VI.
KARLIŃSKI I STADNICKI.
STADNICKI.
Czyśmy bespieczni?
KARLIŃSKI.
Jak więźniowie w celi...
STADNICKI.
Żołnierz, nie lubię długich ceregieli —
Otwarcie powiem co mię tu sprowadza:
Mości Karliński! czyście poszaleli!?
Wódz nasz potężne siły nagromadza,
Za chwilę może, za jedną godzinę,
Cały ten kurnik obróci w perzynę.
KARLIŃSKI.
Niech czart go wiedzie, jeśli się poważy!
Lecz ja kur czujny, i póki na straży
Stoję, potrafię bez rady Waszmości,
Wykurzyć z zamku nieproszonych gości!
STADNICKI.
Więc to stanowcze słowo i ostatnie?
KARLIŃSKI.
Raz tylko mówię i nie cofam słowa:
Mospanie, nie dam uwikłać się w matnię,
Niby gładyszek albo białogłowa!
Rozumiesz waszeć?
STADNICKI.
Trudna z wami rada!
KARLIŃSKI.
Trudna, i słowo waści nic nie nada!
STADNICKI.
Jednakże wódz nasz do układów skory,
Chcąc zaoszczędzić krwi zacnej narodu,
Przyrzekł, gdy klucze przyślecie do grodu:
Wszelkie wam odda rycerskie honory,