Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


SCENA IV.
KARLIŃSKI.
(Sam — padając na kolana.)
Ojców mych Boże! któryś od skalania
Gniazda Karlińskich strzegł przez wieków tyle!
Kazałeś cierpieć — toć dodaj wytrwania.
Nieść krzyż kazałeś, więc ukrzep mię w sile!
Ale nie dozwól, o Wszechmocny Panie,
By włos mój siwy, nieskalany niczem,
Aby mój żywot poszedł w najgrawanie!
Bym stał się prochem przed wroga obliczem.
Jam pył w Twych oczach, i w pyle się korzę!
Alem Twą łaską namaszczon przed braćmi.
Niechże jej teraz zniewaga nie zaćmi!
(Pauza).
I bądź mi sędzią wiekuisty Boże!
(Powstaje i idzie ku głównym drzwiom.)


SCENA V.
KARLIŃSKI — ZAREMBA I STADNICKI.
ZAREMBA.
Mości starosto, proszę, tędy droga!
(Wprowadza Stadnickiego i zdejmuje mu z oczu opaskę).
KARLIŃSKI
(spostrzegając parlamentarza).
Chyba nie było by już w niebie Boga,
Gdyby mi nie dał zdusić tego węża,
Broń się, lub —
STADNICKI.
Widzisz, wszak ja bez oręża.
Pohamuj gniew twój — a raczej każ panie
Stawić puhary i omszałą flaszę.
Ja zgodę niosę! Daj mi posłuchanie
Na osobności —
KARLIŃSKI.
(do Zaremby) Zostaw nas tu Wasze!
(Zaremba oddala się.)