Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ona, się zdało, cnotliwszą jak inna —
A to gad tylko w postaci niewieściej!
KARLIŃSKA.
Klnę ci się mężu, że ona niewinna!
KARLIŃSKI.
Niewinna? cóż to, czyliż ona dziecię,
Że jak niemowlę omackiem poczyna?
Czyżby się zlękła utopić nóż w grzbiecie,
Co się do zdrady niby wąż nagina?
KARLIŃSKA.
Mężu mój miły! czyż niewieściej dłoni
Przystał kord męski i śmiałość rycerza?
Gołąb' się trwożny, przed jastrzębiem chroni,
Lecz nigdy sił swych z napaścią nie zmierza!
KARLIŃSKI (nie zważając).
Stadnicki zdrajca, bo złej broni sprawy,
Bo obcym bogom przekupne szle modły!
Alem niewiedział i to cios zbyt krwawy
Ze dłoń po Hannę ściągał człowiek podły!
Lecz ja to ramię nikczemne pokruszę,
A w zemście mojej sam szatan nie sprosta,
W lochach wyzionie i męczarniach duszę...


SCENA II.
POPRZEDNI i ZAREMBA.
ZAREMBA.
Poseł z obozu — Stadnicki Starosta!
KARLIŃSKI (zrywając się)
Co? on się ważył, on? w tak strasznej chwili?
Tutaj, gdzie posiał ziarna łez i zdrady?
Idź stary głupcze, wzrok cię pewno myli.
ZAREMBA.
Nie myli Panie! chce zawrzeć układy!
Czeka przy bramie pod osłoną straży —
Jak parlamentarz do zamku się zgłasza,