Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


AKT II.

(Sala gotycka, po prawej kominek płonący, przy którym siedzi Karliński;
drzwi główne, dwoje bocznych, jedne tajemne. Na podłodze porozrzucane
zabawki dziecięce).

SCENA I.
KARLIŃSKI Z ŻONĄ
KARLIŃSKI.
Ledwiem się z partją przeciwną uporał,
Wracam zbolały i strapiony srodze:
Patrzę, aż wróg mi zagony zaorał,
A w domu rozpacz i smutek znachodzę.
Lecz jak to było? opowiedz Barbaro!
KARLIŃSKA.
Stadnicki czyhał na godzinę szarą,
A gdy zmrok zapadł, wężowemi słowy
Usidlił dziewkę!
KARLIŃSKI.
Na mych przodków głowy!
Na których hańba taka nie postała
Klnę się, że będzie pomszczona zakała
Domowi memu!.... Lecz czyż stare druhy
Spały, czy kordów zapomnieli w dłoni?
KARLIŃSKA.
Poszli — lecz zdążył ubiedz od pogoni!
KARLIŃSKI.
Z psów pozdejmować trza było łańcuchy!...
Lecz Hanna? Boże, to nadmiar boleści!