Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

SCENA VI.
STADNICKI i HANNA.
STADNICKI. (nie bacząc Hanny).
Pojechał sobie i mnie oddał pieczę,
Nad domem całym — niech jedzie, niech jedzie.
Zanim z powrotem do dom się przywlecze
Ani śni — jakie szatan tu zawiedzie
Tańce — (spostrzegając Hannę)
Wy tutaj?
HANNA.
Darujcie, odchodzę,
Skoro wam moje nie miłe oblicze;
Nie wiecie jak ja nad tem cierpię srodze.
STADNICKI (ze wzrastającą namiętnością).
Któż o tem mówi? — Zostań — twe słowicze
Szczebioty, luba, jak deszczyk majowy
Leją na pierś mą balsamiczne zdroje.
O, daj mi patrzeć w jasne oczy twoje,
Czytać w nich słodkiej miłości osnowy!
Kochasz mię Hanno?
HANNA.
Cóż się rzec ośmielę —
Patrzcie mi w oczy i czytajcie sami.
STADNICKI.
Ust twych różanych nigdy fałsz nie plami,
Mów sama o tem —
HANNA.
Kocham!
STADNICKI.
Wiele?
HANNA.
Wiele!
Tak wiele nawet, aż się sama boję,
Czy przez to Boga nie kocham za mało.