Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KARLIŃSKI.
O nie, bo Hanna będzie okiem łzawem
Ścigać cię wszędy — zostań przy niebodze —
STADNICKI.
No, więc do brony — powrócę niebawem.
(Odchodzą wszyscy oprócz Hanny.)


SCENA V.
HANNA (sama).
Nawet nie spojrzał i nie wyrzekł słowa!
Stał obojętny, gdy stryj prawił tyle,
Że aż lic moich krasa purpurowa,
W krwawą się barwę mieniła co chwilę.
Co się z nim stało? — lecz to minie, minie,
Powróci do mnie, do serca przyciśnie —
Albo to serce we łzach się rozpłynie,
Lub jak dyjament w sto gwiazd się rozpryśnie.
(Po chwili.)
Po cóż ja płaczę — i czemu drżę cała —
Tu nań zaczekam, modląc się w cichości!

(Idzie do modlitewnika, bierze książkę i wyjmuje z niej zeschłą różę.)

Znowu cię witam różo moja biała,
Pierwszy zadatku tajemnej miłości!
O inszy on był wtedy — gdy we włosy
Wpinał cię moje — i inszą tyś była;
Na listkach twoich lśniły krople rosy,
W których się jego miłość źwierciedliła.
Dziś biały kwiatku zeschły listki twoje,
Że lada wietrzyk zdmuchnie je i skruszy. —
Tak oto więdnie biedne serce moje,
I tak znikają marzenia mej duszy.
(rzewniej)
Powracaj kwiatku między zżółkłe karty
Tej świętej księgi — pożałuj niebogę,
Opowiedz niebu dzieje mej rozdartej
Duszy — ja tylko łzą się modlić mogę!
(Przyklęka płacząc.)