Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Całe me mienie pozostawiam prawie —
Bądź wojskim tutaj! (do rodziny.) Żegnajcie mi moi!
Wrócę niebawem i tuszę, zastanę
Wszystko jak dawniej zdrowo i wesoło.
(do Hanny) No Hanno, daj mi swoje śliczne czoło,
Czegoś tak dziwnie dzisiaj utroskane.
(przyciska ją do piersi).
Cóż to, drżyż dziecko? no, no, ptaszko płocha,
Jeszcze daleko do ślubnej łożnicy —
KARLIŃSKA (miarkując męża)
Mężu!
KARLIŃSKI.
Rumieniec na licu dziewicy,
Zdradza, że serce dziewczyny już kocha.
A co, nie zgadłem? puk, puk — jak uderza —
Dziewka znalazła swojego rycerza
Jak w gminnych baśniach, o których lud baje!
(dobrodusznie do Stadnickiego) Bierz ją rycerzu!
STADNICKI (n. s.)
Sam mi ją oddaje,
Sam, Bóg mi świadkiem —
KARLIŃSKI.
Zmrok pada — do drogi!
Bóg z wami!
KARLIŃSKA.
Mężu, pobłogosław syna.
KARLIŃSKI (do Doroty).
Daj mi to dziecię. (bierze je na ręce) Pociecho jedyna!
Daj Bóg, gdy wrócę szczęśliwie w te progi,
Abym cię witał i zdrowym i hożym.
Teraz cię synu żegnam krzyżem Bożym,
Opieki niebios przyzywam dla ciebie,
Niech mi cię strzegą aniołowie w niebie.
STADNICKI.
Pozwól mi sobie towarzyszyć w drodze —