Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powiedz co bredził — i przeszkodź nim pocznie
Nawracać braci, tonem kaznodziei.
v. RITTERHOFF.
Czekam w obozie.
STADNICKI.
Stawię się niezwłocznie.
(v. Ritterhoff odchodzi.)


SCENA III.
STADNICKI (sam)
Co mi ten niemczyk paplał o miłości?
Miłość? ja nie znam jej, to są tumany!
We mnie gra tylko burza namiętności,
Gruchań gołębich język mi nieznany.
Lecz czemuż o niej pamięć mię przeklęta
Ściga i kąsa jak trujące węże.
Precz z nią! dość siły by potargać pęta,
U nóg Omfalji Herkules nie lęże —
(po chwili)
Śliczna to dziewka! — jak ptaszka z gałęzi
Lub Bekwarkowej lutni głos jej dźwięczy.
Wzrok jej me serce trzyma na uwięzi,
Jak lichą muszkę w siateczce pajęczej.
Rozerwę sieć tę, lub dziewkę przykuję
Do moich losów, że się nie wyłamie — —
Ja jej nie kocham — a przecież coś czuję
Tutaj — — Czy serce zwodzi mię, czy kłamie?
Co bądź w niem kipi — ta sarenka młoda
Duszą i ciałem do mnie już należy.
Panie Karliński, szkoda mi cię, szkoda,
Że to z jej ręki grom w ciebie uderzy.


SCENA IV.

STADNICKI, KARLIŃSKI, ZAREMBA, HANNA, KARLIŃSKA i DOROTA
(Dorota z Zygmusiem na ręku).

KARLIŃSKI.
Ano, jam gotów — (do Stadnickiego). Panie Stanisławie,
Bywaj zdrów waszeć — pod strażą czci twojej,