Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Byle po myśli poszły mi zamiary! —
Tylko ten starzec bruździ mi zuchwale —
No, jeśli jego o ziemię powalę,
Przy nas zwycięstwo! Krzep się dobrze stary!
v. RITTERHOFF.
Lecz ty się kochasz tutaj, a pod tchnieniem
Niewieścich czarów, nawet pierś rycerska
Topnie, niebożę, jak wosk pod płomieniem.
STADNICKI.
Ba! lecz powinność —
v. RITTERHOFF. (kończąc)
I pieczęć kanclerska!
STADNICKI.
Zresztą, poprzysiądz mogę wam na duszę,
Że chociaż amor drasnął mię niestety,
Dosyć mam siły nad sobą — i tuszę,
Że mię pod bucik nie wezmą kobiety.
v. RITTERHOFF.
No broń się mocno! miłość ma swe prawa,
Sto razy wraca choć się jej wyrzeczem,
Z nią nie wojować fantazją, ni mieczem! —
Lecz ten Karliński — z tym trudniejsza sprawa
Ma wpływ u szlachty, poparcie na dworze
Hetmańskim —
STADNICKI.
Wiesz ty, co nienawiść może?
Rani śmiertelnie jak zatruta strzała.
A ród Stadnickich do Karlińskich gniazda
Oddawna zemstą przytłumioną pała.
Dotąd szczęśliwa świeciła im gwiazda —
Bo czy to w polu, czy to na urzędzie,
Oni rycerstwa stanowili czoło.
Lecz poprzysięgam! dłużej tak nie będzie! —
Widzę, jak skręca się fortuny koło
Na moją stronę — pochwycę je w locie!