Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chcecie — to powiem co o nim słyszałem:
Mówią, gdy djabła czuje za kołnierzem,
Progi kaplicy zmiata kornem ciałem,
A ksiądz go grzmoce święconym skaplerzem.
I toż ma król być, to pobożne chłopię?
Aż mię śmiech zbiera — to dzieciuch wyraźnie!
Każę na polu wnet zasiać konopie,
Bo nuż mu braknie postronków na łaźnię,
Trza sobie skarbić względy króla — pana.
v. RITTERHOFF (cicho do Stadnickiego).
Miarkuj się w mowie, bo patrzą na ciebie,
Odgadną wszystko —
KARLIŃSKI.
Wszem w obec to znana
Że waszeć przysiągł na Chrystusa w niebie,
Iść z naszą partją —
STADNICKI.
Dotrzymam z ochotą,
I pójdę, byle nie leźć tylko w błoto.
KARLIŃSKI.
Nie małym waść mię nabawił kłopotem —
Jak to rozumieć? —
STADNICKI.
Zrozumiesz mię potem.
v. RITTERHOFF (j. w.).
Milczcież na Boga!
STADNICKI.
Zresztą, wolne zdania
U wolnych ludzi. — Choć serce się skłania,
Nie taję, w stronę inego wybrańca,
Skoro nam Prymas dał już pomazańca
I kraj się zgodził — nie kłóćmyż się o to.
To król pobożny ten Zygmunt, zajęty
Jedynie niebem — gotówem piechotą