Strona:Poezje (Władysław Bełza).djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Na dwa obozy; ścierały się głosy,
Już nawet szable zabrzękały głucho.
Widząc to Prymas, wzniósł ręce w niebiosy,
Nakazał ciszę — daliśmy mu ucho.
„Ano, nie skończym mili bracia — rzecze,
Bo w poniewierce widzę karność, cnota —
Zażarci, na się dobywacie miecze,
Wszakci jest wyjście — porachujmy wota!”
Nuż więc obliczać z której strony racja?
W tem prymas powstał, wzniósł powtórnie dłonie,
I rzekł wzruszony: „Deo nostro gratia!
Zygmunta królem ogłaszam na tronie!”
Więc w naszych radość zagrała niezmierna,
Z tysiąca piersi jeden okrzyk bije:
„Rex Sigismundus vivat in aeterna!
Król Zygmunt trzeci niech żyje!”
WSZYSCY (oprócz Stadnickiego).
Niech żyje!
KARLIŃSKI (do Stadnickiego).
Wołaj waść z nami!
STADNICKI (z sarkazmem).
Cóż mi po tej pracy,
Skoro ja z wami nie mogę iść zgodnie.
Pięknego króla obrali Polacy —
No, teraz pod nim mogą spać spokojnie.
Z babięty kądziel przyjdzie im prząść pono,
Kłaść ciepły kubrak lisiurką podszyty —!
Gdzie jemu rządzić berłem i koroną,
Chyba być klechą w Rzeczypospolitej!
KARLIŃSKI.
Na Boga! cóż to czytam w waszej twarzy?
Wprawdzie król w modłach wiedzie żywot cichy,
Lecz lubi pracę —
STADNICKI (j. w.).
Prawda, złoto smaży,
Lub na pacierze chodzi między mnichy.