Strona:Poeci angielscy (Wybór poezyi).djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A naokoło, gdzie zwrócimy oczy,
Tęczowych blasków rajski czar się przędzie:
Skały i rzeki, lasy, góry wszędzie!
Z tem wszystkiem błękit w harmonię się składa.
Tam dołem potok w głośnym szumi pędzie:
Jak on z tych urwisk znów na głaz ten spada!
On duszę twą upoi, lecz i strachu zada!

Przez gaj, wieńczący wzgórze, skryte w krzaki,
Co, gdyby przed niem nie pięły się zbliska
Dumniejsze odeń różnych gór zygzaki,
Byłoby godne dumnego nazwiska,
Klasztor swych białych murów blask przeciska.
Mnich tutaj mieszka, mniej skąpy dla gości
I mniej surowy; u jego ogniska
Przybysz jest miły; a niechaj z tych włości
Nie wraca, nie zażywszy natury piękności.

Niech tu wypocznie w największej spiekocie:
Świeżą jest zieleń odwiecznego drzewa,
Tu go ochłodzi wiatr w najlżejszym locie —
Od samych niebios powiew ten zawiewa —,
Przed nim dolina! niech tu rozkosz miewa,
Dopóki może; ostry promień wcale
Tu niedociera, chorób nie rozlewa;
Wzrok tu niech pielgrzym, rozłożon niedbale,
Topi w rana, w południa, w wieczoru krysztale.

Tutaj się ciągnie, olbrzymi i mgławy,
Amfiteatru wulkanicznem kołem
Łańcuch Chimary od lewej do prawej.
Niżej dolina wre życiem wesołem: