Strona:Podróże Gulliwera T. 1.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


razu obudzony zostałem o północy krzykiem kilkuset mieszkańców pod drzwiami mieszkania mojego, co mię niemało przestraszyło. Słyszałem wielokrotnie powtarzane słowo burgum, a niektórzy z dworu cesarskiego przecisnąwszy się przez tłum, prosili mnie, żebym czem prędzej spieszył do pałacu, gdzie w pokojach Cesarzowej wszczął się pożar przez nieostrożność pewnej damy honorowej, która nad czytaniem jednego Blefuskiańskiego poematu usnęła. Natychmiast wstałem i udałem się do pałacu z jak największą ostrożnością, żeby kogo nie zdeptać w tem powszechnem zamięszaniu. Kiedy na miejsce przyszedłem zastałem już poprzystawiane do pokojów drabiny i niemałą liczbę wiader przygotowanych, ale woda była znacznie opodal od miejsca pożaru. Wiadra te były wielkości naparstka i chociaż lud biedny z wielkim pospiechem wody dostarczał, ogień jednak tak był gwałtowny że to nie wiele pomagało. Jabym łatwo ten ogień suknią moją przytłumił, ale na nieszczęście nie miałem na sobie jak tylko mój kaftan skórzany, a pożar tak się zaczął szerzyć, że wspaniały ten pałac nieochybnie zostałby w perzynę obrócony, gdyby mi, niepospolitą umysłu mego przytomnością, nieprzyszedł na myśl sposób prawie niezawodny. Wieczoru poprzedzającego piłem bardzo wiele wina białego, nazywanego glimigrin, które pochodzi z jednej prowincyi Blefuscu i bardzo pędzi urynę. Zacząłem więc operacyą tak obficie i tak zręcznie kierując na miejsca ratunku potrzebujące, że w trzech minutach, ogień ugasiłem i resztę tego pysznego budynku, który ogromne kosztował summy, od zupełnego zachowałem spłonienia.