Strona:Pisma wierszem i prozą Kajetana Węgierskiego.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


BIELANY.
W poniedziałek Zielonych Świąt.

Cóż za traf niespodziany
Dziś nie jechać na Bielany!
Nie módz dostać z cudzej łaski
Choć o dwóch kolach kolaski!
Niebędę wdzieczen nikomu
Tylko tobie, co w swym domu,
Pozwoliłeś tej wygody,
Patrzeć bez żadnej przeszkody,
Na te różne ludzi stany,
Co to lecą na przemiany,
To w powozach, to piechoto
A wszyscy z wielką ochotą.
Otoż to pędzi w zawody
Nasz Pan Kleant, Panicz młody,
Siedząc w Warszawie czas długi,
Dla Nimf tutejszych przysługi,
Złorzeczy na wyrok Boski
Że się śmierci niemoże doczekać Ojcowskiéj.
Szulery go zgrali w karty
Z fantów od krupierek zdarty.
Lichwiarz zaś tak niełaskawy
Niepożycza bez zastawy;
Dwa ostatnie wziął mu fraki,
Że dał konia i kulbaki.
A to co się znowu dzieje!
Młódź nasza widzę szaleje.
Niewidziałem tej rozpusty,
Żeby Panny na odpusty,
Jechać miały bez straży Ojca, Ciotki, Matki,
Lub czułej jakiej mężatki.