Strona:Pisma wierszem i prozą Kajetana Węgierskiego.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mieszka tu naprzeciwko Bednarskiej Ulicy,
Pewny xiądz w niej się kocha i ją utrzymuje,
Ona też go w potrzebie dźwiga i ratuje.
To być musi Marysia w tym czepku gazowym,
Co ma kurtkę złotemi galonki obszytą,
Ona, jak widzę, codzień jest z Amantem nowym,
Kręci się, tę ma wadę, że jest nieużytą
Gdy dukata nie widzi: ja jej w tym nie ganię,
Patron darmo nie gada i darmo nie stanie.
Któż to tego kadryla tak tańczy dziwacznie,
Nogami tak przebiera jak koń gdy spętany,
Uczy wszystkich, sam niezna, spytam się nieznacznie,
Przecież on z swych manewrów może tu już znany,
Pewnie swego konceptu kradryle rozdaje,
Nikt mi o nim nie powie lepiej, jak Zagraje.
Chcę się pytać Leymana kto ten kadryl robił,
A w tém hałas na sali słyszeć się nam daje,
Lud się zbiera w gromadę, ktoś tam kogoś pobił,
Szulery za pieniądze, Fleming grać przestaje,
Xiąże woła huzara, aby wyprowadził
A kogo? Falińskiego; dobrze ktoś doradził.
Bo też to człowiek jeden kiedy się zapije,
Każdemu w oczy wlizie o każdym źle trzyma,
Co się też go niejeden nabił i nabije
On i z plastrem na twarzy znowu się nadyma,
O! bodajbyś był głupi nie znał tych kamratów
Miałbyś więcej odzienia a mniej kondemnatów.
Otóż jak to niemówić, że gdzie są Grodaki
Tam się nigdy spokojność pomieścić nie zdoła,
Tak kaptur, jako fartuch, kontusze i fraki,
Niechaj w dom ten nie wchodzą, lecz krążą obkoła,
Przez cóż ten marsz zagrano, przez co do dom jadę,
Przez co niewiem kto tańczył, przez hałas, przez zwadę.