Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zwolę rozebrać się z form dotychczasowej przyzwoitości, że będę mu ulegała jak branka, że z ust moich wzbijać się będą ciągłe nad nim zachwyty, że mu i z woli mojej ofiarę zrobię, że...
Janina. To go nie kochasz.
Helena. A bo wy czułe kochacie, jak masło rozsmarowane na chlebie. Niech Karol zechce grać rolę Urbana... ja mu pokażę, którędy się z mojego pokoju wychodzi.
Janina. Co ty za dzikie wyobrażenie masz o Urbanie!
Helena. Bardzo wierne: widziałam, słyszałam i czytałam... twoje listy do mnie.
Janina. Z tych listów mogłaś tylko wywnioskować, że jest bardzo dobrym człowiekiem.
Helena. A ty zasmuconą tem jedynie, że tak mało masz sposobności do przebaczania mu grzechów.
Janina. Dotąd nie miałam żadnej.
Helena. A owa hulanka, z której wrócił tak rozbawiony, że kazał ci koniecznie wyliczać wszystkich sułtanów tureckich.
Janina. No cóż w tem zdrożnego? Koledzy wyprawili mu ucztę z powodu nominacyi na dyrektora i trochę przebrał miarkę. To przypadłość niewinna, zwłaszcza że i do wyliczania sułtanów niedługo mnie zmuszał. Zresztą moja Helenko, chociażby on nawet posiadał jakąś przywarę w swym charakterze, wynagradza ją takiem mnóstwem przymiotów, że trudno ją