Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie zacząłem wpisywać uczuć na wspak do ostatniej karty, na której inni kończą. Całowanie — to przedmowa, to jeszcze nie powieść. A zdaje mi się, że panna Helena już przeszła rozdział pierwszy.
Helena. Na szczęście Karol — to nie pan.
Urban. Z miny natarczywszy. Ale ja tu wykładam to, co pani znasz doskonale, a robota czeka. Wpół do dziesiątej! Gwałtu! Jeszcze raz (całuje Janinę — do Heleny). Zanim Karol przyjdzie, niech się pani uraczy echem tej przyjemności. Do widzenia... o czwartej przyjdę na obiad (wychodzi).

SCENA IV.
Helena i Janina.

Helena. Ależ ten twój Urban to kawał łobuza.
Janina. Przy tobie nagle się zbisurmanił — aż mnie zadziwił.
Helena. Naturalnie, taka biblijna, jak ty niewiasta, nie ma oczu na wady męża. Zaiste mężczyźni są istotami nadzwyczajnej wstrzemięźliwości, jeżeli krępują się jeszcze wobec tego rodzaju żon.
Janina. Helenko, jesteś młodą kokoszką, która rada dziobać się z każdym kogutkiem. Gdy zostaniesz kurą...
Helena. Nigdy nie zostanę.
Janina. A Karol?
Helena. Cóż Karol? Będzie znał musztrę i słuchał komendy. Czy myślisz, że ja mu kiedykolwiek po-