Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Janina. Och, Urbanie drogi, nie dopuszczaj takiego wypadku... nie wymawiaj takiego słowa...
Urban. Ot, wyskoczył strach! Żoneczko, jesteś nieuleczalna w swych zgryzotach. Już dosyć lamentów... Stawiam kropkę drażliwej gadaninie na twoich ustach (całuje ją — Helena wchodzi) i uciekam do fabryki.

SCENA III.
Ciż i Helena.

Helena. Bez widzenia się ze mną.
Urban (podając jej rękę). Daliśmy pani poglądową lekcyę czułości małżeńskiej. A może pani już to zna?
Helena. Naprzód witam pana, a potem żałuję, że pytania nie rozumiem.
Urban. Postawię je jaśniej: czy Karol już panią pocałował?
Helena. Długo jeszcze na to poczeka.
Urban. Musiał usta pani swojemi zapieczętować, kiedy tak dochowujesz tajemnicy.
Helena. On jest grzeczny.
Urban. On jest gawron — jeśli to prawda, która mi się wydaje bardzo podejrzaną, bo naprzód niecałowana nie wyglądałabyś pani tak ładnie, a powtóre iskrę, która w serce wpada, trzeba skrzesać ustami. Przynajmniej ja oświadczyłem się Janince w całusach.
Janina. Urbanie, co ty wygadujesz...
Urban. To, że nie byłem żydem i w książce miłości