Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o tem nie wątpisz — wszelka pomoc dla twojej rodziny jest przyjemnością dla mnie, bo jest dowodem miłości dla ciebie. Naprzód pocałuj mnie, a potem osądź sprawiedliwie, czy nie mówię rozumnie. Zresztą, taka już moja natura. O ile posiadam środki, lubię dzielić się nimi z każdym poczciwym a nadewszystko z bliskimi sercu mojemu. Gdyby mi kazano być egoistą, usechłbym ze złości. Wolałbym wędzić się w dymniku jak śledź, niż skąpić ludziom usług. Nie umiem — przysięgam — nie umiem! Chociażbyś nawet tego potrzebowała, nie przerobisz mnie. Może to głupie, niepraktyczne, nieopatrzne, ale i podeszwa buta więcej by zyskała, gdyby była przyszwą, pozostaje jednak tem, czem być zdolna. Wytłómaczyłem się mojej pani?
Janina. Nie dziw się wszakże, zacny gołębiu, że ludziom czasem przykro korzystać z twojej dobroci.
Urban. Bo nie znają rozkoszy czynienia innym dobrze. Zważ tylko, Janinko, jak to przyjemnie pomyśleć, że ktoś nam zawdzięcza swój los. Ja np. utrzymuję ciebie, twojego brata, troje naszych dzieci, do nich teraz przybywa Helenka, po części na mnie opierają się rozmaici biedacy, którym dałem podstawę do życia; nie przeczę, że wszystko to wymaga pracy, zabiegów, starań; ale czy ich nie wynagradza miłe przekonanie, że ową gromadkę ja sam dźwignąłem i niosę, że na mnie ona spoczywa, że gdybym ja runął...