Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Urban. Kto taki?
Janina. Poczciwy jesteś, dla mnie najlepszy, a mimo to lękam się ci powiedzieć.
Urban. Janinko, nie bądź dziecinną. Cóż tam ukrywasz?
Janina. Jak wiesz, stryjowi majątek sprzedano, otóż Helenka przyjechała i prosi, ażeby mogła u nas żamieszkać, dopóki jej narzeczony uniwersytetu nie skończy.
Urban. Siostra twoja?
Janina. Tak.
Urban. Gdzież ona jest?
Janina. W moim pokoju.
Urban. I owszem, najchętniej ją przyjmę. Miałaś też co taić! Ach, ty kotko płochliwa! Ale wróć jeszcze do łóżka, boś bardzo osłabiona.
Janina. Nie, tylko zaniepokoiłam się tem nowem dla ciebie brzemieniem. Nie uwierzysz, Urbanie, jak mnie to dręczy, że za mną wchodzi do tego domu szereg krewnych biedaków...
Urban. Ależ, na litość, zaprzestań tej skargi, do której ci nie daję żadnego powodu. Szczególna z ciebie istota! Jeśli nie ma przykrości, to ją sobie stworzy, wydłubie smutek nawet ze szczęścia i niemal pragnie, ażeby zgryzłszy orzech, pieprzowe ziarno w nim znalazła.
Janina. Żartuj, a ja mam wyrzuty sumienia.
Urban. To bardzo źle. Skoro cię kocham — a chyba