Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/076

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gował się ze mną o wysoką nagrodę i za nią tylko obiecywał wypuścić strzałę, odrzuciłbym go i wolałbym bić się pięściami. Czego ostatecznie chcesz? Przecież zapewne nie tego, ażebym was wszystkich codziennie własną ręką nacierał wonnymi olejkami.
Koros. O, nie tak wiele, żądam tylko...
Pauzaniasz. Śmiało — raz powiedz otwarcie.
Koros. Ażeby każdy niewolnik, który przyjmie udział w walce, otrzymał swobodę.
Pauzaniasz. Każdy?! A jeśli wszyscy powstaną?
Koros. To wszyscy będą wolni!
Pauzaniasz. Oszalałeś! A któż będzie pracował, gdy wyzwolę wszystkich?
Koros. Wolni.
Pauzaniasz (szyderczo). Jeżeli im się podoba, a jeżeli się raz nie podoba, to nawet nie będzie w Sparcie ani jednego człowieka, któryby jej królowi sandały do nóg przywiązywał. O nie, mój Korosie, wspaniałomyślnym być chcę, ale za taką cenę pomocy waszej nie kupię, tem więcej, że bez niej obejść się mogę.
Koros. Wątpię, chociażbyś był Herkulesem...
Pauzaniasz. He, he, wracaj do swojej bosej komendy, bo zaczynasz bredzić. Ty myślisz, że ja mogę tylko rozstawić nogi, a konia między nie wy mnie wsuniecie? Głupi sen cię odurzył. Na mój znak przyjdzie tu tyle wojska, że pod nakryciem jego tarcz Grecya wyglądać będzie jak wielki żółw, pływający na brzegu morza.