Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lub leśne drzewo dojrzały owoc z litości głodnemu zrzuciło. Karmiła mnie przecież ciągle nadzieja, że kiedyś odetchnę zemstą. Obiegając okolice i porozumiewając się tajemnie z niewolnikami, zbuntowałem tylu, że ich cztery tysiące czeka wezwania do śmiertelnej walki, dwakroć stotysięcy zaś na to hasło zerwać się może. A ty chyba wiesz, Pauzaniaszu, że my strasznie bić się będziemy! Gdy ręce w uderzeniach omdleją, ciała nasze zioną zarazą i nieprzyjaciela zniszczą!
Pauzaniasz (zachwycony). Wybornie! Pioruny mam, tylko mi właśnie tej burzy potrzeba! Rozpacz jest matką męstwa, a najdzielniej biją się nieszczęśliwi; nie wątpię też, że wam odwagi starczy. Zresztą z lwów termopilskich wyrodziły się bojaźliwe koty; dzisiaj armia spartańska nie ta, którą wiódł Leonidas — idzie do boju naprzód piętami. Tak, Korosie, zwyciężymy; zamiast tego dwupłciowego potwora, który niedołężne królestwo łączy z nierządną rzeczpospolitą, zamiast znikczemniałych eforów i strupieszałego senatu, zamiast tych wszystkich oligarchicznych szczurów, które pod tronem mają swoje nory, ustanowię rząd silny, jedną wolą przeniknięty...
Koros. A dla nas — dla niewolników?
Pauzaniasz. Dla was — łaskawy.
Koros. To jest?
Pauzaniasz (zniecierpliwiony). Ach, mój Korosie, gdyby łuk, który mam naciągnąć przeciw wrogowi, tar-