Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


fatalnego imienia. Albo jeśli już koniecznie mamy o nim mówić, to słuchaj, co mi przed chwilą opowiadano. Przyszły nasz król — co nikomu nie jest tajnem — tyle długów płaci Wenerze, ile Marsowi. Mimo swych czterdziestu kilku lat, zjada codziennie jedno młode serce niewieście, które, jak sam przyznał, jest najulubieńszą jego potrawą. Otóż powróciwszy teraz stęskniony za tym przysmakiem, który rzymskie matrony najlepiej mu przygotować umieją, postanowił w chwili tryumfu, który go ponętnym urokiem zalecał, zapuścić na zapatrzone w niego rybki szeroką sieć swej zalotności. Jadąc przez miasto, nie ominął żadnej pięknej buzi, nie rzuciwszy jej miłosnego umizgu. Gdy już załatwił się z ceremonią uroczystości, i szedł do domu, spotyka Julię, cioteczną siostrę Licyniusza, i szepcze do niej: »W tem morzu ludzi odrazu jak nurek...«
Helvia (zrywając się). Kłamie Julia!
Scipio.. Nie kłamie i nie Julia, tylko idący za nią zdaleka Licyniusz, który naprzód przypomniał Cezarowi, gdzie jego żona mieszka, a potem mnie i wielu innym zdarzenie to opowiedział.
Helvia (tamując wzburzenie). To byłoby niegodne.
Scipio. Jak dla kogo, w każdym razie nie dla Cezara. Ale zechciej mi objaśnić, czemu to ciebie oburza?
Helvia (chodząc szybko). Tak okropnie serce mnie zawieść nie mogło... Może złość schwyciwszy jego sło-