Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakiś chudy poeta, biegnąc na czele głodnej jak on zgrai, obrzucony błotem uliczników, deklamował zwycięzcy pochwalną odę. O Temido! on za to dostał pewnie niezły urzędzik, a mnie bezinteresownego wieszcza za moje pieśni do kozy wsadzono!
Helvia. Mało cię to kłopocze, kiedy możesz być tak wesołym.
Scipio. Jest to dla mnie nietylko potrzebą, ale i obowiązkiem ślubu, jaki zrobiłem bogom. Przyrzekłem im że póty się martwić nie będę, póki nie znajdę w Rzymie chociaż jednego republikanina, któremu bym mógł przeczytać swoje wiersze na chwałę Cezara i nie obawiać się, że mnie zadenuncyuje.
Helvia. Przestań szydzić, bo twój żart myśl mi rozrywa. Ty nie wiesz, co mi jest, na co czekam, co mnie przeraża.
Scipio. Coś jeszcze prócz mojego losu?
Helvia. Tak. Nie umiałabym ci powiedzieć, nie umiem nawet sama przed sobą jasno pomyśleć, czego pragnę, a czego się boję. Ratuj mnie, albo przeklnij.
Scipio (zbliżając się Helvii poważnie). Dla czego ty to mówisz? Czy cię spotkało jakie nieszczęście?
Helvia. Żadne, Nie mój drogi...
Scipio (z serdecznością). Nie kryj kochanko, jeśli ci cokolwiek dokucza, co z moją pomocą usunąćbyś zdołała. Pamiętaj, że ja może już jutro nie będę wolny.
Helvia. Cezar...
Scipio. Ach, przynajmniej teraz nie wspominaj tego