Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Scipio. Ha, ha, ha, to piękna naiwność.
Helvia. Uprzedzony jesteś.
Scipio. Moje dzię, mimo całego przywiązania, jakie mam dla ciebie, wyznać ci muszę, że z plebsem i kobietami nigdy poważnie o Cezarze nie mówię. Bo gmin jest mu wdzięcznym za to, że u niego łaski kupuje, a wy za to, że wam swoje tanio sprzedaje. Niech więc cię to nie obraża, siostrzyczko droga, że twoją cezaromanią będę sobie dziś nadpsuty humor poprawiał. Przedewszystkiem żałuj ze mną, żeś go nie widziała w tryumfie. Podobno tłum dymisyonowanych i zamianowanych kochanek prawie wlewał mu się do rydwanu. On zaś dla rozognienia zazdrości jednych, a miłości drugich, prostował jak mógł swoje pałąkowate plecy, ukazując tylko niebu blask gołego czuba. Zachwycone rzymianki, obliczając mu lata ze zmarszek, jak wiek drzewa ze słojów, pocieszały się dwoma fałdami jego czoła, przekonane, że całować będą twarzyczkę dwudziestoletniego młodzieńca. Bogi tylko wiedzą, ile między temi zachwyconemi było jego własnych córek, które w ojcu kochanka witały!
Helvia. Scipionie, na litość, nie bluźnij!
Scipio. A ty nie rozczulaj się, siostrzyczko, bo to rzecz wesoła. Mówiono mi, że gdy nasz tryumfator wjechał wśród również go pozdrawiających lichwiarzy, stracił zupełnie tryumfującą minę. Ale za to, gdy wpłynął między swoją chołotę, która na rachunek jego hojności tydzień z rzędu się spijała, odzyskał całą dumę.