Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Scipio.Nie jęczcie w żałobie,
Że Cezar już sobie
Do tronu przystawia drabinę.
On jako kochanek
Przed okiem rzymianek
Koroną chce zakryć łysinę.
Bo nuż kto złośliwy
Z lwa szydząc bez grzywy,
Osłabi w samiczkach nadzieję!
Co pocznie strwożony
Rzym z swymi legiony,
Gdy rozum wodzowi zwietrzeje?
Czy nieprawda? Widzę z twojej miny, siostro kochana, że przyznajesz słuszność argumentom mej pieśni, i że gdybyś zasiadła w sądzie, zamiast ukarać, kazałabyś mnie uwieńczyć. Na nieszczęście cezarowi służalcy inaczej na moją poeyę zapatrywać się będą.
Helvia. Czyż podobna, ażeby cię karano za jeden żartobliwy wierszyk?
Scipio. Naprzód podobna, bo szlachetni sędziowie zdolni są strącić uroczyście z Tarpejskiej skały komara, któryby śmiał Cezarowi pod nosem zabrzęczyć; a powtóre wina moja nie ogranicza się na tym jednym wierszyku, który miałaś przyjemność usłyszeć, lecz płynie z setki innych, które senatorowie mieli przyjemność schwytać i uważnie przestudyować. A że każdy ujrzał w nich swoją szpetną fizyognomię...
Helvia. Cezar cię obroni.