Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Helvia. Licyniuszu!
Licyniusz. Cóż jeszcze?
Helvia. Nie skarż mnie przed moją rodziną.
Licyniusz. Sama się oskarżysz.
Helvia. Matka prosiła cię, żebyś za nią poszedł.
Licyniusz. Dokąd?
Helvia. Do sądu.
Licyniusz. Do sądu?
Helvia. Scipio uwięziony za satyry przeciw...
Licyniusz. Co? Brat w więzieniu za Cezara, a siostra w domu Cezarowi ze swych uczuć ofiary składa! Ha, ha, ha — to wzniosłe. O Helvio! (wychodzi).

SCENA V.
Helvia sama, później Mira.

Helvia. Czy u was, bogowie, w niebie toż samo jest zbrodnią, co u nas na ziemi? Jeśli tak, po co nam zsyłacie swych ulubieńców, którzy czarują, a kochać ich nie wolno? Och, zamiast duszy tylko boleść czuję (siada. Mira wszedłszy po cichu staje przed nią. Helvia zerwawszy się) Mira! Nie widziałaś się z Cezarem?!
Mira (cicho). Spotkałam go przy drzwiach senatu.
Helvia (gwałtownie). Co ci powiedział?! Czemu nie krzyczysz?!
Mira. Mówić zakazał.
Helvia. Komu — mnie?
Mira. Helvio! straszny to człowiek! Oko jego pali, głos na wskróś przenika, a każde słowo rozkazujące,